Hodowla kot bengalski i kot jungle

A to było tak...

Odkąd pamiętam fascynowały mnie koty, ich natura, wygląd, charakter i niejednokrotnie silny temperament, zwłaszcza u dzikich krewnych domowego mruczka. Fascynacja i zamiłowanie do tych pięknych zwierząt sprawiły, iż tematem mojej pracy magisterskiej nie mogło być nic innego jak felinologia i to w gigantycznym wydaniu. Tygrysy Syberyjskie, bo to o nich mowa rozkochały mnie w Felidae do reszty.  Silne pragnienie obcowania z namiastką dzikości, na co dzień doprowadziły w konsekwencji do podjęcia przeze mnie nieodwracalnej decyzji- czas na domowego tygryska- kota bengalskiego, on albo żaden inny.

I tak 30 lipca 2009 pojawił się w moim życiu malutki, rozetowy, śliczny kocurek bengalski.  Taki dumny, władczy i wydający z siebie tak niesamowitą gamę dźwięków, iż nie mógł dostać innego imienia niż Ramzes. Dni mijały a mały bengal rósł w oczach, stawał się coraz to większy i większy, podobnie jak więź między nami stawała się z dnia na dzień coraz silniejsza. Nadszedł wreszcie dzień kastracji, gdyż bengal miał być kotkiem na kolanka, jednak, co rzadko się zdarza weterynarz zaczął mnie i hodowczynię przekonywać, że taki piękny i masywny kocur powinien posłużyć do hodowli i grzechem byłoby go kastrować. Po krótkiej, życzliwej wymianie zdań zapadła w końcu decyzja, mój Ramzes zostanie reproduktorem. Nie wiedziałam i nie zdawałam sobie sprawy, z czym to się wiąże, lecz po czteroletniej już wówczas pracy z tygrysami nie wiele mogło mnie już przerazić czy zdziwić. Początki były ciężkie, gdy kocur bengalski w pełni dojrzeje zaczyna znaczyć swoje terytorium, jego głos z dziecięcego ryczku zamienił się w lwi ryk, donośny zwłaszcza w środku nocy…, ale czego się nie zniesie w imię  miłości.

Po pewnym czasie, gdy do tego wszystkiego dostrzegłam smutek w oczach własnego kota stwierdziłam, że coś jest nie tak. Najzwyczajniej w świecie mojemu kocurkowi brakowało kociego towarzystwa, szybka decyzja i po kilku dniach w domu pojawiła się kotka Jungle, uosobienie piękna, delikatności, spokoju i łagodności. Koteczka z dżungli była jak najskuteczniejszy lek na kocią samotność mojego bengala. Przyjaźń pomiędzy nimi rozwinęła się natychmiast a ja mogłam obserwować, jakie relacje tworzą się pomiędzy kotami. Pewnego dnia obserwując moją parkę wpadł mi do głowy pomysł na nazwę przydomka hodowlanego, gdyż był już najwyższy czas zarejestrować hodowlę kotów bengalskich i nowotworzonej rasy kotów z dżungli. Ramvoira, bo taką nazwę wymyśliłam na cześć pierwszych kotów w moim domu- Ramzesa i Yvory, została zaakceptowana przez mój klub felinologiczny i zapoczątkowało to nowy etap w moim życiu. Krótko po przyznaniu mi przydomka w moim domu zagościła kolejna piękność. Wykontrastowana, rozetowa bengalka Diuna, o przenikliwym i hipnotyzującym spojrzeniu, a w kilka miesięcy później na świat przyszły trzy cudowne kociaki.  

Jako młodemu hodowcy dały mi prawdziwy chrzest bojowy, niejednokrotnie wystawiając moją cierpliwość na próbę. Jednak po ich odchowaniu, wykarmieniu i wielokrotnie okazywanej z ich strony bezinteresownej miłości stwierdzam, że było, jest i będzie warto się w to angażować dopóki, dopóty starczy mi sił, bo chęci, zapału i motywacji nigdy mi nie zbraknie.